- Sama nie możesz? Jestem zmęczona.. - Odpowiada i
odwraca się do Amillie otulając ją. Zaciskam pięści i szczękę próbując nie
wybuchnąć złością. Znowu wszytko sama.
Nie śpię przez resztę nocy patrząc przez okno czy jesteśmy
bezpieczne. Matka śpi, a ja czuwam. Typowe. Zimny wiatr daje się we znaki
nawet w pomieszczeniach. Nieszczelne okna przepuszczają każdy powiew. Wtulam
się w koc, myślę o dalekim poranku, o tym że w końcu się z tego wyrwę.
Sfrustrowana wstaję i idę zebrać z mieszkania wszystkie
przedmioty, które zdążyłyśmy zabrać z naszego domu, który stanął w płomieniach.
Czasem też chodziłam tam z tatą i sprawdzałam w ruinach czy coś nie przetrwało.
Lecz jeżeli coś tam to było ktoś to zabrał. Biorę torbę i pakuję do niej
zdjęcia, książki, inne pamiątki rodzinne oraz przydatne przedmioty, które
mogłyby mi posłużyć w ramach walki z aniołami. Następnie rzeczy z
łazienki, potem wracam do kuchni. Przed wschodem słońca budzę Amillie i
mamę aby wzięły się w garść.
- Aileen... Co się dzieje? - pyta moja mała siostra
przecierając piąstkami oczy. Jest taka słodka.
- Kochanie... Musimy uciec - mówię tylko. Przez moje źle
dobrane słowa dziewczynka trzęsie się. – Nie damy sobie tu rady… Wszystkiego
brakuje - poprawiam się widząc jej reakcje.
Mała bez słowa wstaje po czym siada
na drewnianym stołku przed mamą, która robi jej warkocza. Zwijam koce i
poduszki.
- Czy naprawdę musimy się przenosić? - Dziecięcym głosem mówi moja mała siostrzyczka.
- Aileen uważa to za słuszne – mówi mama patrząc na swoje zręczne ręce które plotą fryzurę.
- Ale mi tu dobrze – wzdycha mała siedząc prosto.
- Mi też, mi też... Ale tak chyba będzie lepiej, trudno, że narażamy swoje życie - posyła mi spojrzenie pełne nienawiści. Jakbym to ja krzywdziła Amillie. To ona codziennie nas olewa. Zdarza się moment, taki jak teraz, że ją czesze ale bardzo rzadko. Tak jest dalej zamknięta w sobie a gdy siedząc w kącie gada do siebie myślę, że coś ją opętało. Mam wtedy ogromną ochotę się rozpłakać i targnąć ją i wykrzyczeć w jej twarz by wróciła. Potrząsam głową.
- Czy naprawdę musimy się przenosić? - Dziecięcym głosem mówi moja mała siostrzyczka.
- Aileen uważa to za słuszne – mówi mama patrząc na swoje zręczne ręce które plotą fryzurę.
- Ale mi tu dobrze – wzdycha mała siedząc prosto.
- Mi też, mi też... Ale tak chyba będzie lepiej, trudno, że narażamy swoje życie - posyła mi spojrzenie pełne nienawiści. Jakbym to ja krzywdziła Amillie. To ona codziennie nas olewa. Zdarza się moment, taki jak teraz, że ją czesze ale bardzo rzadko. Tak jest dalej zamknięta w sobie a gdy siedząc w kącie gada do siebie myślę, że coś ją opętało. Mam wtedy ogromną ochotę się rozpłakać i targnąć ją i wykrzyczeć w jej twarz by wróciła. Potrząsam głową.
- Przestań mamo - podnoszę trochę głos. - Teraz już nie
ma odwrotu - kończę rozmowę nie podając dowodów, które by ją przekonały. Nie będę
wszczynać paniki.
Mała zeskakuje ze stołka i podbiega do mnie.
- Poniesiesz torbę dobrze? - Wręczam jej przedmiot, ochoczo przytakuje.
- Ja będę niosła koce i poduszki. - Odwracam się do mamy. - A czy ty możesz pchać wózek z jedzeniem? Nie jest go dużo, nie zmęczysz się. - Mówię na skraju załamania. Głos mi drży. O dziwo się zgada. Mówię bezgłośne "dziękuję". Rozglądam się jeszcze raz po mieszkaniu czy niczego nie zapomniałam po czym we trzy kierujemy się do wyjścia.
- Pójdziemy na zachód, w głąb miasta gdzie znajdziemy więcej jedzenia, może czystą wodę.... - liczę na nią bardzo mocno. Nie chcę by wczorajszy prysznic był moim ostatnim na długi czas. - Tam w jednym opuszczonym biurowcu znajdziemy nowe mieszkanie. Rozmawiałam z ludźmi mieszkającymi tam i chętnie nas przyjmą. Na to wszytko mamy zaledwie dwie godziny. - Przełykam ślinę. - Poruszamy się bezszelestnie, dobrze? - Obydwie przytakują skinieniem głowy. Nakładam sobie jakiś cienki sweter na ramiona a siostrze daję jedyną ciepłą kurtkę, trochę na nią za dużą.
- Poniesiesz torbę dobrze? - Wręczam jej przedmiot, ochoczo przytakuje.
- Ja będę niosła koce i poduszki. - Odwracam się do mamy. - A czy ty możesz pchać wózek z jedzeniem? Nie jest go dużo, nie zmęczysz się. - Mówię na skraju załamania. Głos mi drży. O dziwo się zgada. Mówię bezgłośne "dziękuję". Rozglądam się jeszcze raz po mieszkaniu czy niczego nie zapomniałam po czym we trzy kierujemy się do wyjścia.
- Pójdziemy na zachód, w głąb miasta gdzie znajdziemy więcej jedzenia, może czystą wodę.... - liczę na nią bardzo mocno. Nie chcę by wczorajszy prysznic był moim ostatnim na długi czas. - Tam w jednym opuszczonym biurowcu znajdziemy nowe mieszkanie. Rozmawiałam z ludźmi mieszkającymi tam i chętnie nas przyjmą. Na to wszytko mamy zaledwie dwie godziny. - Przełykam ślinę. - Poruszamy się bezszelestnie, dobrze? - Obydwie przytakują skinieniem głowy. Nakładam sobie jakiś cienki sweter na ramiona a siostrze daję jedyną ciepłą kurtkę, trochę na nią za dużą.
Otwieram drzwi i wychodzę na zewnątrz. Na niebie zaczynają
się pojawiać promyki słońca. Niebo jest bezchmurne... Na nasze szczęście. Czuje
mocny, zimny podmuch wiatru przez co się trzęsę.
Musimy się spieszyć. Wychodzimy szybko żeby nie zwrócić
niczyjej uwagi. Większość mieszkańców jeszcze śpi, ale nigdy nic nie wiadomo.
Idę dalej przez
pole do furtki i daje im znak ręką by za mną poszły. Amillie podbiega do mnie i
łapie za rękę. Posyłam jej ciepły uśmiech.
- Będzie dobrze cukierku. - Ściskam jej małą rączkę i wracam do rozglądania się na wszystkie strony, a przede wszystkim na niebo.
- Będzie dobrze cukierku. - Ściskam jej małą rączkę i wracam do rozglądania się na wszystkie strony, a przede wszystkim na niebo.
Ruszamy przed siebie. Jestem z przodu. Za mną jest mama.
Mój krok jest pewny. Wiem gdzie iść. Byłam tam nie raz. Jedną ręką przecieram
twarz. Jestem zmęczona i niewyspana. Mogłam zasnąć, ale nie chciałam. Odwracam się.
Za moją rodzicielką widzę coraz bardziej oddalającą się naszą starą bazę.
Brzuch mi się zaciska. Przyszło zwątpienie, ale nie zważam na nie.
Parę minut później
docieramy do miasta.Parę minut później docieramy do miasta. Okolica jest pełna budynków. Mniej i bardziej zniszczonych przez najazd aniołów. Idziemy spokojnie, cicho. Żadna z nas się nie odzywa ani słowem, tak jak według umowy. Z każdym krokiem moja panika i czujność wzrasta. Słońce niebezpiecznie szybko pojawia się na horyzoncie a spojrzenia kryjących się ludzi w bazach czy w zaułkach gangów, którzy obserwują mój każdy ruch, wzbudzają we mnie pewne skrępowanie. Staram się na to nie zważać i idę dalej przyśpieszając kroku, jeszcze tylko połowa drogi. Modlę się w duchu abyśmy tam bezpiecznie dotarły gdyż boje się o małą, która idzie obok mnie, zresztą jak zawsze. Nie patrzę na matkę, tylko czy nasze zapasy są obok nas. Nie zależny mi na niej. Już nie. Nagle, na ułamek sekundy słońce przysłania mi cień, który dalej oddala się po chodniku. Do tego cichy szelest, który dobrze znam a mimo to próbuje zmylić samą siebie, ze to tylko liście. Oczywiście są to pióra aniołów. Mój oddech przyśpiesza, adrenalina w żyłach się podnosi. Spoglądam w niebo i widząc cztery anioły o różnych upierzeniach walczących z jednym biało. Zamieram, przełykam ślinę i ściskam małą za rękę, co jest błędem bo zauważa że coś jest nie tak. Przybliża się do mnie i tuli. Patrzę na nią i widzę, że także podążyła za moim wzrokiem. Nie, nie, tylko nie to. Kucam przed nią i małymi kroczkami do przerwy między dwoma budynkami, tak aby cień nas okrywał i byśmy były bezpieczne. Siostrze zbiera się na płacz szybko macham przed jej oczyma by nie płakała.- Amillie posłuchaj mnie, biegnij do mamy... - przerywam. Mama, też na pewno musiała to zobaczyć. Szybko odwracam wzrok szukając jej. Najpierw dostrzegam wózek sklepowy z rozrzuconym jedzeniem na samym środku nierównego chodnika a potem ją. Biegnie przed siebie nie zwracając sobie nami głowy. Zostawiła nas. Cholera. Przeklinam w myślach.
- N-nie ma jej tam. Aileen.. - Mamrocze i trzęsie się. Boi się jak nic.
- Ciii.. spokojnie. Jeżeli podam Ci gdzie masz iść pójdziesz? - Pytam szybko. Słyszmy trzask. Auto obok zostaje zmiażdżone. Amillie wpada mi w ramiona przestraszona. Tak bardzo się boi a ja nie mogę nic zrobić. Pocieram plecy małej i obserwuję całe zajście. Ten o białym upierzeniu mimo, że jest sam nie daje za wygraną i dalej walczy wymachując swym mieczem niestety na marne. Pada na asfalt, jego miecz ląduje na chodniku, metr ode mnie. Przeciwnicy lądują przy nim. Ten o czarnych skrzydłach kładzie stopę na skrzydłach śnieżnobiałego i uniemożliwia poruszanie się. Mimo to szarpię się, chce im uciec. Wierzga nogami i rękoma, próbuje odgonić ich skrzydłami ale czarnych jest za dużo. Przytrzymują go. Czarny, długowłosy anioł dobija miecza i przysuwa go do pleców młodego chłopaka. Słyszę jak ofiara głośno krzyczy a jego włosy są rozczochrane, mokre od potu. Pierwszy raz widzę jak znęcają się nad kimś z ich rasy. Nie wiem czemu ale żal mi go, że przegrywa.
- Mogłeś się do nas przyłączyć - krzyczy ten który chce zadać ostateczny cios. - Mogłeś być z nami!
- A teraz będziesz, jak ten marny człowiek! Bez skrzydeł bydlaku! Słaby i nic nie warty - wrzeszczy inny, a mi zaciska się serce. Anioł opuszcza ręce w dół z impetem, odcina białe, lśniące skrzydła nastolatkowi. Wokół rozlewa się pełno krwi. W moim gardle grzęźnie krzyk, który chce wydać z siebie. Nie potrafię na to patrzeć, nogi uginają się pode mną i tracę w nich czucie, padam na kolana. Jest cały poobijany i krwawi z zadanych ran przez miecz. W głowie mieszają mi się myśli, a przed oczami widzę wszystko tak jakby w zwolnionym tempie. Nagle przychodzi mi do głowy szaleńczy pomysł. Czy to z powodu żalu, czy z czystej nienawiści i zemsty. Puszczam Amillie i wybiegam z ukrycia łapiąc leżący przede mną miecz, który o dziwo jest strasznie lekki.
***
Witajcie, dzisiaj już drugi rozdział naszego opowiadania, które mamy nadzieję wam się podoba i zachęciłyśmy was do przeczytania książki. W tym rozdziale już przechodzimy do akcji i pojawiają się anioły. Co o nim myślicie? Co do poprzedniego rozdziału, nie było za dużo komentarzy co nas trochę smuci bo rozsyłałyśmy do wielu osób. Myślimy nad wprowadzeniem limitu. Na początek 5 komentarzy i kolejny, okej? Trzymajcie się ciepło.
A.M.C. xx