sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter Two

  - Sama nie możesz? Jestem zmęczona.. - Odpowiada i odwraca się do Amillie otulając ją. Zaciskam pięści i szczękę próbując nie wybuchnąć złością. Znowu wszytko sama.
 Nie śpię przez resztę nocy patrząc przez okno czy jesteśmy bezpieczne. Matka śpi, a ja czuwam. Typowe. Zimny wiatr daje się we znaki nawet w pomieszczeniach. Nieszczelne okna przepuszczają każdy powiew. Wtulam się w koc, myślę o dalekim poranku, o tym że w końcu się z tego wyrwę.
  Sfrustrowana wstaję i idę zebrać z mieszkania wszystkie przedmioty, które zdążyłyśmy zabrać z naszego domu, który stanął w płomieniach. Czasem też chodziłam tam z tatą i sprawdzałam w ruinach czy coś nie przetrwało. Lecz jeżeli coś tam to było ktoś to zabrał. Biorę torbę i pakuję do niej zdjęcia, książki, inne pamiątki rodzinne oraz przydatne przedmioty, które mogłyby mi posłużyć w ramach walki z aniołami. Następnie rzeczy z łazienki, potem wracam do kuchni.  Przed wschodem słońca budzę Amillie i mamę aby wzięły się w garść.
- Aileen... Co się dzieje? - pyta moja mała siostra przecierając piąstkami oczy. Jest taka słodka.
- Kochanie... Musimy uciec - mówię tylko. Przez moje źle dobrane słowa dziewczynka trzęsie się. – Nie damy sobie tu rady… Wszystkiego brakuje - poprawiam się widząc jej reakcje.
Mała bez słowa wstaje po czym siada na drewnianym stołku przed mamą, która robi jej warkocza. Zwijam koce i poduszki.
- Czy naprawdę musimy się przenosić? - Dziecięcym głosem mówi moja mała siostrzyczka.
- Aileen uważa to za słuszne – mówi mama patrząc na swoje zręczne ręce które plotą fryzurę.
- Ale mi tu dobrze – wzdycha mała siedząc prosto.
- Mi też, mi też... Ale tak chyba będzie lepiej, trudno, że narażamy swoje życie - posyła mi spojrzenie pełne nienawiści. Jakbym to ja krzywdziła Amillie. To ona codziennie nas olewa. Zdarza się moment, taki jak teraz, że ją czesze ale bardzo rzadko. Tak jest dalej zamknięta w sobie a gdy siedząc w kącie gada do siebie myślę, że coś ją opętało. Mam wtedy ogromną ochotę się rozpłakać i targnąć ją i wykrzyczeć w jej twarz by wróciła. Potrząsam głową.
- Przestań mamo - podnoszę trochę głos. - Teraz już nie ma odwrotu - kończę rozmowę nie podając dowodów, które by ją przekonały. Nie będę wszczynać paniki.
Mała zeskakuje ze stołka i podbiega do mnie.
- Poniesiesz torbę dobrze? - Wręczam jej przedmiot, ochoczo przytakuje.
- Ja będę niosła koce i poduszki. - Odwracam się do mamy. - A czy ty możesz pchać wózek z jedzeniem? Nie jest go dużo, nie zmęczysz się. - Mówię na skraju załamania. Głos mi drży. O dziwo się zgada. Mówię bezgłośne "dziękuję".  Rozglądam się jeszcze raz po mieszkaniu czy niczego nie zapomniałam po czym we trzy kierujemy się do wyjścia.
- Pójdziemy na zachód, w głąb miasta gdzie znajdziemy więcej jedzenia, może czystą wodę.... - liczę na nią bardzo mocno. Nie chcę by wczorajszy prysznic był moim ostatnim na długi czas. - Tam w jednym opuszczonym biurowcu znajdziemy nowe mieszkanie. Rozmawiałam z ludźmi mieszkającymi tam i chętnie nas przyjmą. Na to wszytko mamy zaledwie dwie godziny. - Przełykam ślinę. - Poruszamy się bezszelestnie, dobrze? - Obydwie przytakują skinieniem głowy. Nakładam sobie jakiś cienki sweter na ramiona a siostrze daję jedyną ciepłą kurtkę, trochę na nią za dużą. 
Otwieram drzwi i wychodzę na zewnątrz. Na niebie zaczynają się pojawiać promyki słońca. Niebo jest bezchmurne... Na nasze szczęście. Czuje mocny, zimny podmuch wiatru przez co się trzęsę.
Musimy się spieszyć. Wychodzimy szybko żeby nie zwrócić niczyjej uwagi. Większość mieszkańców jeszcze śpi, ale nigdy nic nie wiadomo.
Idę dalej przez pole do furtki i daje im znak ręką by za mną poszły. Amillie podbiega do mnie i łapie za rękę. Posyłam jej ciepły uśmiech.
- Będzie dobrze cukierku. - Ściskam jej małą rączkę i wracam do rozglądania się na wszystkie strony, a przede wszystkim na niebo.
Ruszamy przed siebie. Jestem z przodu. Za mną jest mama. Mój krok jest pewny. Wiem gdzie iść. Byłam tam nie raz. Jedną ręką przecieram twarz. Jestem zmęczona i niewyspana. Mogłam zasnąć, ale nie chciałam. Odwracam się. Za moją rodzicielką widzę coraz bardziej oddalającą się naszą starą bazę. Brzuch mi się zaciska. Przyszło zwątpienie, ale nie zważam na nie.
Parę minut później docieramy do miasta.
Parę minut później docieramy do miasta. Okolica jest pełna budynków. Mniej i bardziej zniszczonych przez najazd aniołów. Idziemy spokojnie, cicho. Żadna z nas się nie odzywa ani słowem, tak jak według umowy. Z każdym krokiem moja panika i czujność wzrasta. Słońce niebezpiecznie szybko pojawia się na horyzoncie a spojrzenia kryjących się ludzi w bazach czy w zaułkach gangów, którzy obserwują mój każdy ruch, wzbudzają we mnie pewne skrępowanie. Staram się na to nie zważać i idę dalej przyśpieszając kroku, jeszcze tylko połowa drogi. Modlę się w duchu abyśmy tam bezpiecznie dotarły gdyż boje się o małą, która idzie obok mnie, zresztą jak zawsze. Nie patrzę na matkę, tylko czy nasze zapasy są obok nas. Nie zależny mi na niej. Już nie. Nagle, na ułamek sekundy słońce przysłania mi cień, który dalej oddala się po chodniku. Do tego cichy szelest, który dobrze znam a mimo to próbuje zmylić samą siebie, ze to tylko liście. Oczywiście są to pióra aniołów. Mój oddech przyśpiesza, adrenalina w żyłach się podnosi. Spoglądam w niebo i widząc cztery anioły o różnych upierzeniach walczących z jednym biało. Zamieram, przełykam ślinę i ściskam małą za rękę, co jest błędem bo zauważa że coś jest nie tak. Przybliża się do mnie i tuli. Patrzę na nią i widzę, że także podążyła za moim wzrokiem. Nie, nie, tylko nie to. Kucam przed nią i małymi kroczkami do przerwy między dwoma budynkami, tak aby cień nas okrywał i byśmy były bezpieczne. Siostrze zbiera się na płacz szybko macham przed jej oczyma by nie płakała.- Amillie posłuchaj mnie, biegnij do mamy... - przerywam. Mama, też na pewno musiała to zobaczyć. Szybko odwracam wzrok szukając jej. Najpierw dostrzegam wózek sklepowy z rozrzuconym jedzeniem na samym środku nierównego chodnika a potem ją. Biegnie przed siebie nie zwracając sobie nami głowy. Zostawiła nas. Cholera. Przeklinam w myślach.
- N-nie ma jej tam. Aileen.. - Mamrocze i trzęsie się. Boi się jak nic.
- Ciii.. spokojnie. Jeżeli podam Ci gdzie masz iść pójdziesz? - Pytam szybko. Słyszmy trzask. Auto obok zostaje zmiażdżone. Amillie wpada mi w ramiona przestraszona. Tak bardzo się boi a ja nie mogę nic zrobić. Pocieram plecy małej i obserwuję całe zajście. Ten o białym upierzeniu mimo, że jest sam nie daje za wygraną i dalej walczy wymachując swym mieczem niestety na marne. Pada na asfalt, jego miecz ląduje na chodniku, metr ode mnie. Przeciwnicy lądują przy nim. Ten o czarnych skrzydłach kładzie stopę na skrzydłach śnieżnobiałego i uniemożliwia poruszanie się. Mimo to szarpię się, chce im uciec. Wierzga nogami i rękoma, próbuje odgonić ich skrzydłami ale czarnych jest za dużo. Przytrzymują go. Czarny, długowłosy anioł dobija miecza i przysuwa go do pleców młodego chłopaka. Słyszę jak ofiara głośno krzyczy a jego włosy są rozczochrane, mokre od potu. Pierwszy raz widzę jak znęcają się nad kimś z ich rasy. Nie wiem czemu ale żal mi go, że przegrywa.
- Mogłeś się do nas przyłączyć - krzyczy ten który chce zadać ostateczny cios. - Mogłeś być z nami!
- A teraz będziesz, jak ten marny człowiek! Bez skrzydeł bydlaku! Słaby i nic nie warty - wrzeszczy inny, a mi zaciska się serce. Anioł opuszcza ręce w dół z impetem, odcina białe, lśniące skrzydła nastolatkowi. Wokół rozlewa się pełno krwi. W moim gardle grzęźnie krzyk, który chce wydać z siebie. Nie potrafię na to patrzeć, nogi uginają się pode mną i tracę w nich czucie, padam na kolana. Jest cały poobijany i krwawi z zadanych ran przez miecz. W głowie mieszają mi się myśli, a przed oczami widzę wszystko tak jakby w zwolnionym tempie. Nagle przychodzi mi do głowy szaleńczy pomysł. Czy to z powodu żalu, czy z czystej nienawiści i zemsty. Puszczam Amillie i wybiegam z ukrycia łapiąc leżący przede mną miecz, który o dziwo jest strasznie lekki.

                                                               ***
 Witajcie, dzisiaj już drugi rozdział naszego opowiadania, które mamy nadzieję wam się podoba i zachęciłyśmy was do przeczytania książki. W tym rozdziale już przechodzimy do akcji i pojawiają się anioły. Co o nim myślicie? Co do poprzedniego rozdziału, nie było za dużo komentarzy co nas trochę smuci bo rozsyłałyśmy do wielu osób. Myślimy nad wprowadzeniem limitu. Na początek 5 komentarzy i kolejny, okej? Trzymajcie się ciepło.
                                                                                                              A.M.C. xx

sobota, 18 lipca 2015

Chapter One

  - Uciekajcie! Zabieraj dziewczyny Megan i schowajcie się w bezpiecznym miejscu! - krzyczy tata a mama posłusznie wykonuje jego polecenie. Odciąga nas od niego i pozwala mu umrzeć z rąk tych potworów.
- Tato nie! - krzyczę za nim mając łzy w oczach i próbując wyrwać się mamie, która jedna ręką blokuje mi przejście a druga trzyma Amillie. Wszystkie trzy płaczemy ale tylko ja próbuję do niego wrócić. Nie chce go stracić, on nie może umrzeć. Jest dla mnie zbyt ważny.
- Aileen chodź, proszę - Szepcze mi mama błagalnym tonem.
- Ale on go zabije! Muszę mu pomóc! - Próbuje dalej.
- Aileen! Idź z mamą! Wrócę! Obiecuję... - Odwraca się na moment i nasze spojrzenia się spotykają. Wystarczy ten jeden moment a anioł przebija go na wylot włócznią. Upada na kolana, krzyczę. A ja nie mogę mu już pomóc...
  Ocieram oczy, na to samo bolesne wspomnienie, od którego chce mi się płakać. Od śmierci ojca minęły już trzy tygodnie. Od najazdu na ziemię przez anioły dwa miesiące. To właśnie jeden z nich zabił mi ojca. Pogrzeb odbył bez większych świadków, tylko my trzy. Był to ranek, bardzo wczesny, około piątej kiedy słońce pojawiło się na horyzoncie. Nie miałyśmy innej okazji, tylko wtedy panuje spokój i nie trzeba się ukrywać bojąc się, że zobaczysz ich potężne, czarne, czy innego koloru skrzydła na których widok aż dostaje się ciarek. Miejsce, w którym leży jest bardzo zaciszne i znajduje się niedaleko naszej obecnej bazy na skraju małego lasu. Chodziłam z nim tam kiedy potrzebował chwili wytchnienia i prywatności. Uczył mnie wtedy przydatnych rzeczy, które przydają mi się w walczeniu o przetrwanie, jakby wiedział, że niebawem odejdzie. Teraz chodzę tam tylko ja, siedzę przy jego marnym grobie napawając się chwilą ciszy i spokoju, której potrzebuję coraz więcej odkąd zostałyśmy same i to ja muszę martwić się o wszystko. Jedzenie, wodę, nowe koce czy może ubrania. Nie mogę liczyć na pomoc matki, która zamknęła się w sobie i trudno jest do niej dotrzeć. Rozmawia sama ze sobą, żyję własnym światem a kiedy wychodzę na poszukiwania i proszę by zajęła się Amillie ona mówi, że jest zmęczona i idzie się położyć. Nonsens. Nie można być cały czas zmęczonym. Może to egoistyczne, ale jako jedyna pracująca na życie osoba w naszej rodzinie powinnam być zmęczona ja... a nie ona. Nie, nie powinnam tak mówić, ale nie mam siły patrzeć jak nasz świat upada, jak giną kolejni ludzie a mała musi się w tym wychowywać. Jest taka mała, to ją krzywdzi. Czasem mam ochotę się z nią zamienić, żeby wiedziała jak dobrze było mieć w całości spokojne dzieciństwo. Z normalną mamą, żyjącym ojcem i gdzie wszytko było dostępne dla wszystkich.
  Lecz kiedy nie może tak być muszę zapewnić jej jak najlepsze dzieciństwo mimo tego ci się dzieje. Gdyby nie ona zostawiłabym matkę i poszła na pewną śmierć. Chodź i tak to robię, nie raz wychodzę nocą i szukam potrzebnych dla nas środków do dalszego życia. Z dwa razy natknęłam się na gangi w opuszczonym biurowcu i stoczyłam z nimi bójkę. Nie powiem wyszłam z obrażeniami, które opatrzyła matka ale to i tak nic co mogłoby się stać. Tak więc to wszytko dla niej. Czasami nie mogę spać bo myślę nad kolejnym dniem jak mamy go przetrwać. Co nam zostało, czego potrzebujemy. Ona chyba to dostrzega i po prostu przychodzi do mnie i się przytula. Dziwne bo to wystarczy bym się rozluźniła chodź na moment.
  Teraz też o tym myślę. Jest druga w nocy i ponownie nie śpię. Leżę na podłodze w kuchni, przykryta cienkim kocem i już ubrana gdybyśmy miały nagle się ewakuować. Tak samo jedzenie, leży w wózku sklepowy i czeka na transport. Chodź równie dobrze można by było je wziąć w ręce. Nie powiem, zasoby się kończą, koców i ubrań przyjeżdża coraz mniej. A ja już nie mam siły biegać sama i oddalać się coraz dalej. Myślałam nad przeniesieniem dobrowolnym i z dnia na dzień jestem bardziej pewna w słuszności tego planu. Jesteśmy tu za długo, jak wspomniałam w okolicy coraz trudniej o jedzenie. Na ulicach widzę coraz więcej panoszących się aniołów, jakby pojawiali się znikąd. Gangi śmielej atakują, piękne dziewczyny znikają coraz szybciej. Ale nie tylko one. Wszyscy dookoła bo są zbyt zdesperowani obecnym stanem i szukają jakiś okazji. W końcu zostaniemy sami bez niczego albo one zostaną a ja zginę szukając nowych rzeczy. Wszytko mnie tak przytłacza. Wiem, że mogłabym pójść na "łatwiznę". Zaatakować anioła i odciąć jego skrzydła, nieźle za nie płacą. Można za to kupić większość towarów, o lepszej jakości i pozwolić sobie na ucztę co jakiś czas. Ale jedna parę skrzydeł nie da wolności. Jest to wręcz kamikadze. Nie wiadomo czy pójdę po wygraną na loterii czy na pewną śmierć. A ja mam po co żyć. Odwracam głowę na lewo i patrzę na mamę i siostrę, które śpią w swoich objęciach. Nie dam rady, nie potrafię tu leżeć. Po cichu wstaję, zakładam buty i narzucam na ramiona przetartą skórę. Na palcach wychodzę z domu na chłód nocy. Dom który zamieszkujemy jest oddalony od miasta o jakieś pięćset metrów i znajduje się na skraju lasu, typowe gospodarstwo. W głębi lasu jest polana na której leży ojciec i gdzie się udaje.
  Siedzę oparta o konar wierzby i wyrywam płatki stokrotki bawiąc się w stara grę "kocha nie kocha" zamieniając to na wyliczankę. Kiedy tak siedzę znowu przychodzą mi do głowy wszystkie dni odkąd zaczęła się ta apokalipsa i zastanawiam się czy właśnie tak skończy się świat. I dlaczego Bóg nam to robi. Nachodzi mnie nagle atak złości, który od niedawna a w sumie od śmierci ojca mam. Z nim jeszcze dawałam rade teraz to mnie przewyższa. Tyle obowiązków, brak rozwiązania, siły. Wyrzucam wszytko co mnie dręczy krzycząc, chodząc dokoła i ciągnąc za włosy, a to wszytko skierowane do Boga. Czemu nam to robi?! Czemu nie może nic na to poradzić?! Oczywiście jak zawsze nie dostaje odpowiedzi. Upadam na ziemię i wycofuje pod konar drzewa. Przeczesuje tłuste włosy i uspokajam się. Nagle na moich nogach ładuje coś miękkiego i błyszczącego. Jak się okazuje to pióro ze skrzydła anioła. Wyrzucam je z obrzydzeniem i podkulam nogi. Moje tętno się podnosi. Znaleźli nas. To przeze mnie a teraz musimy uciekać. Nie ma żadnego ale. Muszę szybko i bezpiecznie przetransportować mamę i siostrę. Wszystko zaplanowane tylko to zrobić, nie zginąć, przetrwać. Badam niebo i kiedy upewniam się ze odleciał ruszam biegiem do domu. Biegnę i co chwila sprawdzam niebo. Bezpiecznie docieram do domu. Kucam przy matce i ją budzę.
- Mamo... Musimy porozmawiać. - Mówię szybko. Spogląda na mnie jakbym była z innej planety. Nie dziwne, wybudziłam ją ze snu.
- Co chcesz Aileen? - Podpiera się na łokciach.
- Mamo mam plan... chce żebyśmy zmieniły bazę... - wstrzymuje na chwile oddech bo wiem że bez jej zgodny nie mogę się nigdzie ruszać, nawet jeżeli to ja powinnam mieć decydujący głos. Mogłabym jej powiedzieć, że nas znaleźli ale wtedy wpadłaby w panikę, a tego nie chcę.
- Dlaczego? Nie jest Ci tu dobrze? - pyta półgłosem.
- Kończą się wszystkie zapasy.. nie mam jak zdobywać jedzenia, aniołów jest coraz więcej. Robi się jeszcze niebezpieczniej niż dotychczas... - tłumaczę na jednym oddechu, czasami zbyt szybko żeby było zrozumieć wypowiadane przeze mnie słowa ale mamy mało czasu i nie powiem jej dokładnie co mnie zmusiło. Bezpiecznie, bez paniki. Powtarzam sobie jak modlitwę.
- A kiedy masz zamiar opuścić to miejsce? Trzeba się do tego przygotować, nie pomyślałaś? - zabija mnie wzrokiem. Przygryzam wargę. Była tak zamknięta, że nic nie dostrzegła. Czy ona w ogóle widzi moje starania?
- Teraz, rano bo wszytko jest gotowe. Pomyślałam.
- Dobrze... więc rano. Przygotuj wszystko. - Przewracam oczami. Nadal żyje własnym światem.
- A pomożesz mi to przenieść? - łudzę się wstając i patrząc na Amillie.
- Sama nie możesz? Jestem zmęczona...

***
Hej kochani dzisiaj to ja Luv Bromance jedna z dwóch autorek tego opowiadania :* Mam nadzieje że rozdział wprowadził was troche w klimat ff . Liczymy oczywiście na opinie i komentarze x Zapraszam do zapisywania sie do informowanych w zakładce Informed oraz na Wattpad, który jest podlinkowany z boku ♥
Luv bromance x

piątek, 3 lipca 2015

Prologue

Pamiętasz, gdy byłeś mały i jak odmawiałeś znaną Ci modlitwę.
"Aniele stróżu mój..." Tak się zaczynała. A czy na prawdę w to wierzyłeś? Wierzyłeś w Boga? W swojego anioła stróża?
Ja wierzę i zastanawiam się czemu nam to zrobił. Dlaczego pewnego dnia niebo pogrążyło się ciemnością i pojawili się oni. Anioły. O różnych barwach skrzydeł, potężni, silniejsi. Niszczyli wszytko, zabijali, grozili. I tak jest do teraz. Wszystko upadło, z trudem walczymy o jedzenie, życie. Nie ma światła, czasem czystej wody. Wszystko co było zostało przez nich przejęte, pogrążone w chaosie. To jest jedno wielkie piekło. Nie spodziewałeś się tego pewnie, po swoich aniołach. Tych miłych buźkach z obrazków, których kochałeś i wierzyłeś, że oni o ciebie dbają i cię chronią? A jednak, to potwory. Wtargnęli od tak i zniszczyli wszystko, co mieliśmy… co miałam.
Jestem Aileen Devon i żyję w tym świecie walcząc o przetrwanie nadal wierząc, że to się kiedyś skończy.