- Uciekajcie! Zabieraj dziewczyny Megan i schowajcie się
w bezpiecznym miejscu! - krzyczy tata a mama posłusznie wykonuje jego
polecenie. Odciąga nas od niego i pozwala mu umrzeć z rąk tych potworów.
- Tato nie! - krzyczę za nim
mając łzy w oczach i próbując wyrwać się mamie, która jedna ręką blokuje mi
przejście a druga trzyma Amillie. Wszystkie trzy płaczemy ale tylko ja próbuję
do niego wrócić. Nie chce go stracić, on nie może umrzeć. Jest dla mnie zbyt
ważny.
- Aileen chodź, proszę -
Szepcze mi mama błagalnym tonem.
- Ale on go zabije! Muszę mu
pomóc! - Próbuje dalej.
- Aileen! Idź z mamą! Wrócę!
Obiecuję... - Odwraca się na moment i nasze spojrzenia się spotykają. Wystarczy
ten jeden moment a anioł przebija go na wylot włócznią. Upada na kolana, krzyczę. A ja
nie mogę mu już pomóc...
Ocieram oczy, na to samo
bolesne wspomnienie, od którego chce mi się płakać. Od śmierci ojca minęły już
trzy tygodnie. Od najazdu na ziemię przez anioły dwa miesiące. To właśnie jeden
z nich zabił mi ojca. Pogrzeb odbył bez większych świadków, tylko my trzy. Był
to ranek, bardzo wczesny, około piątej kiedy słońce pojawiło się na horyzoncie.
Nie miałyśmy innej okazji, tylko wtedy panuje spokój i nie trzeba się ukrywać
bojąc się, że zobaczysz ich potężne, czarne, czy innego koloru skrzydła na
których widok aż dostaje się ciarek. Miejsce, w którym leży jest bardzo
zaciszne i znajduje się niedaleko naszej obecnej bazy na skraju małego lasu.
Chodziłam z nim tam kiedy potrzebował chwili wytchnienia i prywatności. Uczył
mnie wtedy przydatnych rzeczy, które przydają mi się w walczeniu o
przetrwanie, jakby wiedział, że niebawem odejdzie. Teraz chodzę tam tylko ja,
siedzę przy jego marnym grobie napawając się chwilą ciszy i spokoju, której
potrzebuję coraz więcej odkąd zostałyśmy same i to ja muszę martwić się o
wszystko. Jedzenie, wodę, nowe koce czy może ubrania. Nie mogę liczyć na pomoc
matki, która zamknęła się w sobie i trudno jest do niej dotrzeć. Rozmawia sama
ze sobą, żyję własnym światem a kiedy wychodzę na poszukiwania i proszę by
zajęła się Amillie ona mówi, że jest zmęczona i idzie się położyć. Nonsens. Nie
można być cały czas zmęczonym. Może to egoistyczne, ale jako jedyna pracująca
na życie osoba w naszej rodzinie powinnam być zmęczona ja... a nie ona. Nie,
nie powinnam tak mówić, ale nie mam siły patrzeć jak nasz świat upada, jak giną
kolejni ludzie a mała musi się w tym wychowywać. Jest taka mała, to ją
krzywdzi. Czasem mam ochotę się z nią zamienić, żeby wiedziała jak dobrze było
mieć w całości spokojne dzieciństwo. Z normalną mamą, żyjącym ojcem i gdzie
wszytko było dostępne dla wszystkich.
Lecz kiedy nie może tak być muszę zapewnić jej jak
najlepsze dzieciństwo mimo tego ci się dzieje. Gdyby nie ona zostawiłabym matkę
i poszła na pewną śmierć. Chodź i tak to robię, nie raz wychodzę nocą i szukam
potrzebnych dla nas środków do dalszego życia. Z dwa razy natknęłam się na
gangi w opuszczonym biurowcu i stoczyłam z nimi bójkę. Nie powiem wyszłam z
obrażeniami, które opatrzyła matka ale to i tak nic co mogłoby się stać. Tak
więc to wszytko dla niej. Czasami nie mogę spać bo myślę nad kolejnym dniem jak
mamy go przetrwać. Co nam zostało, czego potrzebujemy. Ona chyba to dostrzega i po prostu przychodzi do mnie i się przytula. Dziwne bo to wystarczy bym
się rozluźniła chodź na moment.
Teraz też o tym myślę. Jest druga w nocy i ponownie nie śpię. Leżę na podłodze w kuchni, przykryta cienkim kocem i już ubrana gdybyśmy miały nagle się ewakuować. Tak samo jedzenie, leży w wózku sklepowy i czeka na transport. Chodź równie dobrze można by było je wziąć w ręce. Nie powiem, zasoby się kończą, koców i ubrań przyjeżdża coraz mniej. A ja już nie mam siły biegać sama i oddalać się coraz dalej. Myślałam nad przeniesieniem dobrowolnym i z dnia na dzień jestem bardziej pewna w słuszności tego planu. Jesteśmy tu za długo, jak wspomniałam w okolicy coraz trudniej o jedzenie. Na ulicach widzę coraz więcej panoszących się aniołów, jakby pojawiali się znikąd. Gangi śmielej atakują, piękne dziewczyny znikają coraz szybciej. Ale nie tylko one. Wszyscy dookoła bo są zbyt zdesperowani obecnym stanem i szukają jakiś okazji. W końcu zostaniemy sami bez niczego albo one zostaną a ja zginę szukając nowych rzeczy. Wszytko mnie tak przytłacza. Wiem, że mogłabym pójść na "łatwiznę". Zaatakować anioła i odciąć jego skrzydła, nieźle za nie płacą. Można za to kupić większość towarów, o lepszej jakości i pozwolić sobie na ucztę co jakiś czas. Ale jedna parę skrzydeł nie da wolności. Jest to wręcz kamikadze. Nie wiadomo czy pójdę po wygraną na loterii czy na pewną śmierć. A ja mam po co żyć. Odwracam głowę na lewo i patrzę na mamę i siostrę, które śpią w swoich objęciach. Nie dam rady, nie potrafię tu leżeć. Po cichu wstaję, zakładam buty i narzucam na ramiona przetartą skórę. Na palcach wychodzę z domu na chłód nocy. Dom który zamieszkujemy jest oddalony od miasta o jakieś pięćset metrów i znajduje się na skraju lasu, typowe gospodarstwo. W głębi lasu jest polana na której leży ojciec i gdzie się udaje.
Siedzę oparta o konar wierzby i wyrywam płatki stokrotki bawiąc się w stara grę "kocha nie kocha" zamieniając to na wyliczankę. Kiedy tak siedzę znowu przychodzą mi do głowy wszystkie dni odkąd zaczęła się ta apokalipsa i zastanawiam się czy właśnie tak skończy się świat. I dlaczego Bóg nam to robi. Nachodzi mnie nagle atak złości, który od niedawna a w sumie od śmierci ojca mam. Z nim jeszcze dawałam rade teraz to mnie przewyższa. Tyle obowiązków, brak rozwiązania, siły. Wyrzucam wszytko co mnie dręczy krzycząc, chodząc dokoła i ciągnąc za włosy, a to wszytko skierowane do Boga. Czemu nam to robi?! Czemu nie może nic na to poradzić?! Oczywiście jak zawsze nie dostaje odpowiedzi. Upadam na ziemię i wycofuje pod konar drzewa. Przeczesuje tłuste włosy i uspokajam się. Nagle na moich nogach ładuje coś miękkiego i błyszczącego. Jak się okazuje to pióro ze skrzydła anioła. Wyrzucam je z obrzydzeniem i podkulam nogi. Moje tętno się podnosi. Znaleźli nas. To przeze mnie a teraz musimy uciekać. Nie ma żadnego ale. Muszę szybko i bezpiecznie przetransportować mamę i siostrę. Wszystko zaplanowane tylko to zrobić, nie zginąć, przetrwać. Badam niebo i kiedy upewniam się ze odleciał ruszam biegiem do domu. Biegnę i co chwila sprawdzam niebo. Bezpiecznie docieram do domu. Kucam przy matce i ją budzę.
- Mamo... Musimy porozmawiać. - Mówię szybko. Spogląda na mnie jakbym była z innej planety. Nie dziwne, wybudziłam ją ze snu.
- Co chcesz Aileen? - Podpiera się na łokciach.
- Mamo mam plan... chce żebyśmy zmieniły bazę... - wstrzymuje na chwile oddech bo wiem że bez jej zgodny nie mogę się nigdzie ruszać, nawet jeżeli to ja powinnam mieć decydujący głos. Mogłabym jej powiedzieć, że nas znaleźli ale wtedy wpadłaby w panikę, a tego nie chcę.
- Dlaczego? Nie jest Ci tu dobrze? - pyta półgłosem.
- Kończą się wszystkie zapasy.. nie mam jak zdobywać jedzenia, aniołów jest coraz więcej. Robi się jeszcze niebezpieczniej niż dotychczas... - tłumaczę na jednym oddechu, czasami zbyt szybko żeby było zrozumieć wypowiadane przeze mnie słowa ale mamy mało czasu i nie powiem jej dokładnie co mnie zmusiło. Bezpiecznie, bez paniki. Powtarzam sobie jak modlitwę.
- A kiedy masz zamiar opuścić to miejsce? Trzeba się do tego przygotować, nie pomyślałaś? - zabija mnie wzrokiem. Przygryzam wargę. Była tak zamknięta, że nic nie dostrzegła. Czy ona w ogóle widzi moje starania?
- Teraz, rano bo wszytko jest gotowe. Pomyślałam.
- Dobrze... więc rano. Przygotuj wszystko. - Przewracam oczami. Nadal żyje własnym światem.
- A pomożesz mi to przenieść? - łudzę się wstając i patrząc na Amillie.
- Sama nie możesz? Jestem zmęczona...
Teraz też o tym myślę. Jest druga w nocy i ponownie nie śpię. Leżę na podłodze w kuchni, przykryta cienkim kocem i już ubrana gdybyśmy miały nagle się ewakuować. Tak samo jedzenie, leży w wózku sklepowy i czeka na transport. Chodź równie dobrze można by było je wziąć w ręce. Nie powiem, zasoby się kończą, koców i ubrań przyjeżdża coraz mniej. A ja już nie mam siły biegać sama i oddalać się coraz dalej. Myślałam nad przeniesieniem dobrowolnym i z dnia na dzień jestem bardziej pewna w słuszności tego planu. Jesteśmy tu za długo, jak wspomniałam w okolicy coraz trudniej o jedzenie. Na ulicach widzę coraz więcej panoszących się aniołów, jakby pojawiali się znikąd. Gangi śmielej atakują, piękne dziewczyny znikają coraz szybciej. Ale nie tylko one. Wszyscy dookoła bo są zbyt zdesperowani obecnym stanem i szukają jakiś okazji. W końcu zostaniemy sami bez niczego albo one zostaną a ja zginę szukając nowych rzeczy. Wszytko mnie tak przytłacza. Wiem, że mogłabym pójść na "łatwiznę". Zaatakować anioła i odciąć jego skrzydła, nieźle za nie płacą. Można za to kupić większość towarów, o lepszej jakości i pozwolić sobie na ucztę co jakiś czas. Ale jedna parę skrzydeł nie da wolności. Jest to wręcz kamikadze. Nie wiadomo czy pójdę po wygraną na loterii czy na pewną śmierć. A ja mam po co żyć. Odwracam głowę na lewo i patrzę na mamę i siostrę, które śpią w swoich objęciach. Nie dam rady, nie potrafię tu leżeć. Po cichu wstaję, zakładam buty i narzucam na ramiona przetartą skórę. Na palcach wychodzę z domu na chłód nocy. Dom który zamieszkujemy jest oddalony od miasta o jakieś pięćset metrów i znajduje się na skraju lasu, typowe gospodarstwo. W głębi lasu jest polana na której leży ojciec i gdzie się udaje.
Siedzę oparta o konar wierzby i wyrywam płatki stokrotki bawiąc się w stara grę "kocha nie kocha" zamieniając to na wyliczankę. Kiedy tak siedzę znowu przychodzą mi do głowy wszystkie dni odkąd zaczęła się ta apokalipsa i zastanawiam się czy właśnie tak skończy się świat. I dlaczego Bóg nam to robi. Nachodzi mnie nagle atak złości, który od niedawna a w sumie od śmierci ojca mam. Z nim jeszcze dawałam rade teraz to mnie przewyższa. Tyle obowiązków, brak rozwiązania, siły. Wyrzucam wszytko co mnie dręczy krzycząc, chodząc dokoła i ciągnąc za włosy, a to wszytko skierowane do Boga. Czemu nam to robi?! Czemu nie może nic na to poradzić?! Oczywiście jak zawsze nie dostaje odpowiedzi. Upadam na ziemię i wycofuje pod konar drzewa. Przeczesuje tłuste włosy i uspokajam się. Nagle na moich nogach ładuje coś miękkiego i błyszczącego. Jak się okazuje to pióro ze skrzydła anioła. Wyrzucam je z obrzydzeniem i podkulam nogi. Moje tętno się podnosi. Znaleźli nas. To przeze mnie a teraz musimy uciekać. Nie ma żadnego ale. Muszę szybko i bezpiecznie przetransportować mamę i siostrę. Wszystko zaplanowane tylko to zrobić, nie zginąć, przetrwać. Badam niebo i kiedy upewniam się ze odleciał ruszam biegiem do domu. Biegnę i co chwila sprawdzam niebo. Bezpiecznie docieram do domu. Kucam przy matce i ją budzę.
- Mamo... Musimy porozmawiać. - Mówię szybko. Spogląda na mnie jakbym była z innej planety. Nie dziwne, wybudziłam ją ze snu.
- Co chcesz Aileen? - Podpiera się na łokciach.
- Mamo mam plan... chce żebyśmy zmieniły bazę... - wstrzymuje na chwile oddech bo wiem że bez jej zgodny nie mogę się nigdzie ruszać, nawet jeżeli to ja powinnam mieć decydujący głos. Mogłabym jej powiedzieć, że nas znaleźli ale wtedy wpadłaby w panikę, a tego nie chcę.
- Dlaczego? Nie jest Ci tu dobrze? - pyta półgłosem.
- Kończą się wszystkie zapasy.. nie mam jak zdobywać jedzenia, aniołów jest coraz więcej. Robi się jeszcze niebezpieczniej niż dotychczas... - tłumaczę na jednym oddechu, czasami zbyt szybko żeby było zrozumieć wypowiadane przeze mnie słowa ale mamy mało czasu i nie powiem jej dokładnie co mnie zmusiło. Bezpiecznie, bez paniki. Powtarzam sobie jak modlitwę.
- A kiedy masz zamiar opuścić to miejsce? Trzeba się do tego przygotować, nie pomyślałaś? - zabija mnie wzrokiem. Przygryzam wargę. Była tak zamknięta, że nic nie dostrzegła. Czy ona w ogóle widzi moje starania?
- Teraz, rano bo wszytko jest gotowe. Pomyślałam.
- Dobrze... więc rano. Przygotuj wszystko. - Przewracam oczami. Nadal żyje własnym światem.
- A pomożesz mi to przenieść? - łudzę się wstając i patrząc na Amillie.
- Sama nie możesz? Jestem zmęczona...
***
Hej kochani dzisiaj to ja Luv Bromance jedna z dwóch autorek tego opowiadania :* Mam nadzieje że rozdział wprowadził was troche w klimat ff . Liczymy oczywiście na opinie i komentarze x Zapraszam do zapisywania sie do informowanych w zakładce Informed oraz na Wattpad, który jest podlinkowany z boku ♥
Luv bromance x
Okej, a wiec. Znam dużo ff z fantastyka anioly i te sprawy, ale pierwszy raz spotkalam sie z tego typu fabułą, i jestem oczarowana.
OdpowiedzUsuńJestem pewna ze w tym fanfiction nie zabraknie akcji ani mnóstwa emocji aw.
Jestem jeszcze tylko ciekawa kiedy wkroczy Harry, wgl jaki będzie odgrywal charakter, ten zly czy dobry, albo jak pozna sie z glowna bohaterka i co sie będzie miedzy nimi dzialo.
Po prostu ciekawi mnie wszystko co będzie sie dzialo dalej, czekam na następny!
Buziaki! xx ~ @97biebsusx
To jest cuuudowne i bardzo to uwielbiam po prostu oczarowalo mnie *-* czekam na nastepny :* @nxd69
OdpowiedzUsuń